80% gazu LNG z USA. Czy naprawdę uwolniliśmy się od energetycznego uzależnienia?
Wiele państw Unii Europejskiej z dumą ogłaszało w 2025 r. ograniczenie importu gazu z Rosji. Polska podkreślała swoje uniezależnienie już w 2022 r. Problem w tym, że gaz wciąż jest do UE importowany, zmienił się jedynie kierunek dostaw. Czy sama zmiana dostawcy, od którego jesteśmy uzależnieni rzeczywiście oznacza bezpieczeństwo energetyczne?
Z analizy Instytutu Ekonomiki Energetycznej i Analiz Finansowych (IEEFA) wynika, że do 2030 r. aż 80% importu skroplonego gazu ziemnego (LNG) do UE może pochodzić ze Stanów Zjednoczonych – wobec 57% w 2025 r. Europa nigdy nie była tak uzależniona od jednego dostawcy LNG. Już dziś Unia importuje z USA ponad jedną czwartą gazu, a udział ten będzie rósł wraz z pełnym zakazem importu z Rosji. Realizacja wszystkich kontraktów oznaczałaby, że pod koniec dekady USA będzie odpowiadać za 40% dostaw gazu do UE w ogóle, na poziomie uzależnienia od Rosji pod koniec 2021.
Dlaczego to ryzykowne?
Autorzy raportu „Europe’s selective blindness on gas” wksazują na trzy główne ryzyka: cenowe, geopolityczne i inwestycyjne. Wysokie ceny gazu w latach 2021–2023 okazały się dla gospodarstw domowych i przemysłu katastrofą rozłożoną w czasie, bez jednego punktu krytycznego, ale z trwałymi skutkami społecznymi i gospodarczymi.
Zimą 2021–2022 dostawy amerykańskiego LNG faktycznie pomogły Europie, szantażowanej przez Rosję. Dziś jednak, przy napiętych relacjach transatlantyckich (m.in. w kontekście Grenlandii), warto zadać pytanie, czy przeniesienie zależności z jednego dostawcy na drugiego nie wystawia UE ponownie na presję geopolityczną lub konflikty handlowe.
Rosnąca zależność od gazu podważa też sensowność nowych gazowych inwestycji, grożąc „utknięciem” w długoterminowej infrastrukturze paliw kopalnych.
Uzależnienie od gazu z USA stoi w sprzeczności z unijną strategią bezpieczeństwa energetycznego opartą na dywersyfikacji dostaw a w coraz większej mierze na redukcji popytu na gaz i rozwoju OZE. Dominująca pozycja wśród dostawców surowców energetycznych do Unii daje USA narzędzie presji politycznej, podobnie jak wcześniej gazociągi w rękach Putina
– komentuje Diana Maciaga, ekspertka ds. gazu Polskiej Zielonej Sieci.
Obawy te zaczyna dostrzegać również Bruksela. Komisarz UE ds. energii Dan Jørgensen przyznał niedawno, że uzależnienie od amerykańskiego gazu budzi niepokój i że Unia musi poważnie myśleć o dywersyfikacji.
USA nie są „neutralnym dostawcą”
Zależność Europy od gazu z USA zbliża się dziś do poziomu uzależnienia od Rosji sprzed inwazji na Ukrainę. Tymczasem Stany Zjednoczone otwarcie traktują dominującą pozycję eksportera energii jako narzędzie „projekcji siły” i element strategii bezpieczeństwa. Widać to m.in. w naciskach na osłabienie unijnej polityki klimatycznej, rozporządzenia metanowego czy dyrektywy CSDDD, postrzeganych w USA jako bariery dla eksportu, a także groźby nałożenia ceł ze strony Donalda Trumpa.
Anne-Sophie Corbeau z Uniwersytetu Columbia zauważa, że większym zagrożeniem niż fizyczne wstrzymanie dostaw jest presja, by UE kupowała „astronomiczne ilości” amerykańskich surowców. – „Jedyną realną opcją dywersyfikacji poza amerykańskim LNG jest Katar, jedyny kraj z dużą ilością niezakontraktowanego LNG” – mówi Corbeau.
Polska w środku europejskiej pułapki
W Polsce trwa intensywna rozbudowa infrastruktury gazowej: terminali LNG, gazociągów i elektrowni gazowych. Greenpeace alarmuje, że skala inwestycji wymyka się kontroli i złożył wniosek o kontrolę NIK, wskazując na rozbieżności między rządowymi planami (zapisanymi w Krajowym planie na rzecz Energii i Klimatu, KPEiK) a strategiami Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE), Gaz-Systemu i spółek energetycznych.
Nasz wniosek do NIK skupia się na braku przejrzystości w prognozowaniu zapotrzebowania na gaz. Uważamy, że spółki, pod dyktando PSE, które nie mają do tego umocowania prawnego, przeszacowują zapotrzebowanie na gaz i wpychają nas w ryzykowne geopolitycznie uzależnienie od importu na dekady. To rozbudowa energetyki OZE powinna być priorytetem państwa w obecnej sytuacji geopolitycznej
– mówi Marcel Andino Velez z Greenpeace.
PSE odpowiada, że gaz jest niezbędny w transformacji, a decyzje inwestycyjne podejmuje rynek.
Chociaż postęp w obszarze technologiczny i spadek cen w obszarze magazynów są imponujące, to wciąż potrzebne są elektrownie konwencjonalne, zdolne do pracy i zaspokajania potrzeb odbiorców niezależnie od warunków pogodowych, bo koszty instalacji magazynu są nadal wysokie
– tłumaczy wiceprezes PSE, Konrad Puchała.
Krytycy wskazują jednak, że w strategii PSE wprost zapisane jest, że „Operator Systemu Przesyłowego swoimi narzędziami determinuje strukturę mocy niezbędnych do zapewniania stabilności i bezpieczeństwa pracy Krajowego Systemu Elektroenergetycznego”. Na przykład aukcje mocy – są projektowane w sposób faworyzujący elektrownie gazowe kosztem magazynów energii i elastycznych rozwiązań.
– Rząd zaprojektował zeszłoroczne aukcje mocy zgodnie z rekomendacjami PSE, by wesprzeć elektrownie gazowe, które przegrywały konkurencję z magazynami energii. KWD, czyli korekcyjny współczynnik dyspozycyjności, od którego zależy szansa na wygranie kontraktu mocowego został dla magazynów drastycznie obniżony. Do poziomu niespotykanego w innych krajach z rynkiem mocy i wbrew opinii URE. To pokazuje, że Kryteria aukcji są ustawione pod gaz. PSE alarmuje, że potrzebujemy więcej magazynów ale za słowami nie idą czyny, wręcz przeciwnie – mówi Diana Maciaga.
Spór o to, kto decyduje
Spółki energetyczne w swoich strategiach czy materiałach promocyjnych, np. PGE podkreślają, że inwestują w energetykę gazową, bo chcą zapewnić stabilność systemu elektroenergetycznego. Orlen i Gaz-System, operator sieci przesyłowej gazu, z kolei podkreślają, że wyłącznie realizują zapotrzebowanie na gaz zgłaszane przez spółki. W efekcie wszyscy umywają ręce a gazu przybywa.
W kontekście transformacji energetycznej i odchodzenia od paliw kopalnych Gaz-System twierdzi, że nic od nich nie zależy a infrastrukturę buduje na bazie zapotrzebowania zgłaszanego przez rynek, czyli przez spółki energetyczne. Spółki twierdzą, że muszą budować elektrownie gazowe, by zapewniać stabilność systemu a stabilność ocenia PSE, które wprost apelowało o więcej mocy gazowych. Jednak PSE twierdzi, że nie może wymagać rozwoju takiej lub innej technologii gdyż to spółki podejmują decyzje inwestycyjne. Nikt nic nie może a tymczasem gazu do Polski płynie coraz więcej a projekty nowych inwestycji gazowych wyrastają jak grzyby po deszczu
– podsumowuje Maciąga.
Duże bloki gazowe: ślepa uliczka
Eksperci zwracają uwagę, że przestawienie nowych wielkoskalowych elektrowni gazowych na wodór czy biometan jest dziś nierealne. Biogazu jest za mało, wodór odnawialny będzie drogi i deficytowy, a turbiny w 100% wodorowe pozostają technologią przyszłości.
Co więcej, duże bloki CCGT nie są wystarczająco elastyczne, by efektywnie współpracować z OZE. Aby były opłacalne, muszą pracować tysiące godzin rocznie, wypierając tanią energię z wiatru i słońca.
Duże bloki gazowo-parowe typu CCGT nie są technologią, która jest w pełni zgodna z trendami transformacji, a wręcz paradoksalnie mogą one stanowić barierą dla jej wprowadzenia. W docelowym systemie bazującym na OZE potrzebujemy przede wszystkim źródeł szybkich i elastycznych, a nie dużych jednostek gazowych, które, aby były ekonomicznie uzasadnione, muszą pracować tysiące godzin rocznie, wypierając energię z wiatru i słońca
– komentuje dr inż. Krzysztof Bodzek z Politechniki Śląskiej.
Poważnym problemem jest też długa kolejka po turbiny. Czas oczekiwania wynosi dziś 7–8 lat, co stawia pod znakiem zapytania ukończenie elektrowni w terminie.
Alternatywa istnieje (i już działa)
W 2025 r. wiatr i słońce wygenerowały 30% energii elektrycznej w UE — więcej niż wszystkie paliwa kopalne razem (29%). To punkt zwrotny o znaczeniu strategicznym. Jak podkreśla Beatrice Petrovich z think tanku Ember, ryzyko związane z uzależnieniem od paliw kopalnych w niestabilnej geopolityce jest ogromne.
Co to oznacza dla Polaków
Uzależnienie od gazu jest problemem, ponieważ to on w dużej mierze ustala ceny prądu. Gdy gaz drożeje, elektrownie gazowe — jako najdroższe źródło potrzebne do pokrycia zapotrzebowania — wyznaczają cenę energii dla wszystkich. W efekcie nawet tania energia z OZE sprzedawana jest po cenie gazu, a wahania jego notowań bezpośrednio przekładają się na rachunki odbiorców.
Prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne buduje przede wszystkim mniejszy popyt na gaz, lokalna produkcja energii oraz OZE wspierane magazynami, a nie zamiana uzależnienia od jednego zagranicznego dostawcy na drugiego.