Polemika: „Gaz służy transformacji”? Nie – służy sektorowi gazowemu. Rachunek przyjdzie później
Wojciech Jakóbik, dziennikarz zajmujący się energetyką, w jednym w swoich ostatnich wpisów na blogu sugeruje, że działania organizacji społecznych wobec inwestycji gazowych uderzają w dekarbonizację, a nawet sprzyjają powrotowi rosyjskiego gazu. To sugestia, która odwraca uwagę od decydentów, którzy inwestując w gaz, ryzykują utknięciem Polski w „gazowej pułapce”.
Jakóbik powołuje się na złożoną przez Pracownię skargę na gazociągi oraz na zaskarżenie przez Greenpeace decyzji środowiskowej dla terminala gazowego w Gdańsku. Tymczasem organizacje społeczne, składając skargi i odwołania egzekwują prawo i domagają się rzetelnych ocen środowiskowych oraz analizy alternatyw. To działanie w interesie publicznym – bo koszty dzisiejszych inwestycji gazowych poniosą odbiorcy energii.
Sednem sporu są rachunki
Kluczowe pytanie brzmi: czy energia i ogrzewanie będą tańsze i stabilniejsze, czy droższe i bardziej ryzykowne. Gaz nie daje dziś pozytywnej odpowiedzi. Jest paliwem importowanym, podatnym na geopolityczne wstrząsy i objętym opłatami emisyjnymi. To wzrost cen gazu był główną przyczyną kryzysu energetycznego w latach 2021–2022.
Najubożsi zapłacą najwięcej
Redaktor Jakóbik w swoim tekście podkreśla, że krytyka gazu ignoruje sytuację najuboższych. Dane pokazują coś dokładnie odwrotnego. Raport Bertelsmann Stiftung jasno pokazuje, że to dalsze trwanie przy paliwach kopalnych grozi skokowym wzrostem kosztów ogrzewania – w Polsce nawet o kilka tysięcy złotych rocznie po wejściu w życie ETS2. Najbardziej ucierpią gospodarstwa ogrzewające się gazem w słabo ocieplonych budynkach. To argument za przyspieszeniem elektryfikacji i efektywności energetycznej, nie za dalszą gazyfikacją.
Krytyka rozbudowy gazowej infrastruktury nie oznacza postulatu natychmiastowego odejścia od tego paliwa, lecz sprzeciw wobec dalszego zwiększania jego roli w systemie.
Gazowe inwestycje dziś = rachunki jutro
Polska już dziś dysponuje ok. 7–8 GW mocy gazowych oraz rozbudowaną infrastrukturą (Baltic Pipe, terminal w Świnoujściu). Spór nie dotyczy tego, by zamknąć te inwestycje jutro, tylko tego, że nie trzeba budować nowych, wielkoskalowych mocy z infrastrukturą towarzyszącą, która będzie działać 30-40 lat. Każda taka inwestycja to ryzyko przeniesione na rachunki odbiorców.
„Luka po węglu” – częsty argument, który pada w dyskusjach o potrzebie budowy mocy gazowych jest luką po nieelastycznym źródle. Problem „luki” to zbiór trzech wyzwań: energetycznego, mocowego i systemowego. Energia z węgla jest zastępowana przede wszystkim przez OZE. Luka mocowa w dużej mierze już jest wypełniana przez istniejące moce gazowe, DSR, magazyny i import. Najtrudniejsza jest luka systemowa – elastyczność – której nie rozwiążą ani węgiel, ani nowe bloki gazowe niedostosowane do podążania za produkcją z OZE, lecz magazyny energii, zarządzanie popytem i elektryfikacja. I to o nią toczy się ten spór.
Rozbudowa gazu nie jest warunkiem bezpiecznego odejścia od węgla, lecz ryzykiem uzależnienia od kolejnego paliwa kopalnego. Jeśli nowy gaz ma być rezerwą – jest dla spółek nieopłacalny. Jeśli filarem systemu – nie jest paliwem przejściowym.
OZE tak, nowe bloki gazowe - nie
Jakóbik twierdzi, że bloki gazowe „niwelują luki”, gdy nie wieje i nie świeci. Tymczasem duże elektrownie typu CCGT nie są wystarczająco elastyczne, by pełnić taką rolę w systemie z wysokim udziałem OZE. Bloki CCGT wymagają wysokiego wykorzystania, by się zwrócić, wymuszają więc spalanie gazu zamiast pełnić rolę rezerwy. Stabilizacja systemu powinna opierać się na czystej elastyczności min. magazynach energii i ciepła zarządzaniu popytem i elektryfikacji.
Co ważne, OZE i magazyny mają krótsze cykle inwestycyjne niż bloki gazowe. Kolejka po turbiny gazowe wynosi dziś 7-8 lat. Po wybudowaniu instalacji koszt energii z wiatru i słońca nie zależy od importu paliwa ani decyzji politycznych producentów surowców. Problemem nie są odnawialne źródła, lecz polityka i model rynku faworyzujące gaz kosztem elastyczności systemu.
Gaz nie dekarbonizuje
Redaktor Jakóbik podkreśla, że gaz służy dekarbonizacji. Nie dekarbonizuje się jednak energetyki, zamieniając jedno paliwo kopalne na inne. Gaz ziemny to sam w sobie gaz cieplarniany –- metan. Natomiast koncepcja zastępowania gazu biometanem, o której pisze redaktor Jakóbik ignoruje ograniczenia potencjału jego produkcji. Zaś postrzeganie Polski jako hubu gazowego, czyli zarabiania na reeksporcie gazu kopalnego, kiedy emisje metanu globalnie odpowiadają za 1/4 ocieplenia są trudne do obrony.
Równie fałszywa jest dychotomia „albo gaz, albo atom”. Alternatywą jest zmniejszanie zapotrzebowania na gaz poprzez OZE, elektryfikację, magazyny energii, modernizację sieci i efektywność energetyczną. To te rozwiązania realnie ograniczają import paliw. Rozproszone OZE konsumowane lokalnie nie zwiększają zapotrzebowania KSE w takim stopniu jak scentralizowane bloki gazowe.
Każdy 1% redukcji popytu to mniej godzin pracy gazu. Najtańsze MWh to te, których nie trzeba wyprodukować. Termomodernizacja obniża zapotrzebowanie na ciepło i energię. Efektywność w przemyśle, taryfy dynamiczne i zarządzanie popytem (DSR) – wszystkie te rozwiązania zmniejszają uzależnienie od gazu i obniżają rachunki.
Nord Stream 2 jako zasłona dymna
Jeśli zaś chodzi o sugestię, że polskie organizacje ekologiczne „idą ręka w rękę z niemieckimi ekstremistami promującymi Nord Stream 2”, to można je porównać z piórem tych publicystów, którzy walczą z „religią klimatyzmu”, czyli wykreowanymi przez siebie fikcjami.
Redaktor Jakóbik wie, że Greenpeace protestował przeciwko Nord Stream 2, ostatnio we wrześniu 2025, gdy pojawiły się pomysły niemieckich polityków z AFD na jego reaktywację. NS2 nie ma też absolutnie żadnego związku z terminalem w Gdańsku, bo rynek niemiecki nie jest rynkiem dla gazu sprowadzanego do Polski. Sam autor stwierdza, że postulaty AFD nie są realistyczne. To szum polityczny na użytek niemieckiej kampanii. Dlaczego więc pomawia organizacje pozarządowe, strasząc Polaków rosyjskim gazem?
To odwracanie uwagi od prostego faktu: najlepszą ochroną przed geopolitycznym szantażem i wysokimi cenami jest mniejsze zużycie paliw kopalnych z importu. Dlatego europejska polityka zmierza do ograniczenia zużycia gazu jako takiego, a nie do zmiany kierunku importu.
Gaz to paliwo uzależnienia, nie transformacji
Bez planu ograniczania popytu i równoległych inwestycji w OZE, sieci i magazyny, gaz staje się paliwem uzależnienia, nie transformacji. Organizacje społeczne przypominają o tym, bo w tej debacie chodzi o rachunki, bezpieczeństwo i odpowiedzialność państwa wobec obywateli.